image

Trzciana i dzikie łowiska

W sezonie 2012 żwirownia w Trzcianie, wyrasta wielkimi krokami na nasze drugie obok ZEK-u, sztandarowe łowisko. Ta pięknie położona, pośród lasów, niewielka żwirownia (około 4,5 hektara) to istny raj dla zwolenników wędkarstwa karpiowo-amurowego. Z oczywistych względów nie jest to woda na miarę Rainbow we Francji ale na naszym ubogim, mięsem stojącym, wędkarskim Podkarpaciu, śmiało można nazwać ten akwen, wędkarskim diamentem. Często oglądając, zarówno zachodnie, jak i krajowe produkcje filmowe, dotyczace wędkarstwa karpiowego, śmiałem sie z ironią, sam do siebie, że takie cuda to zdarzają się chyba, tylko w bardziej cywilizowanych wędkarsko krajach, w najlepszym razie w innych województwach Polski. Okazuje się, że byłem w błędzie.

Trzciana jest pierwszym akwenem zamkniętym, gdzie dane mi było łowić oraz obserwować i słuchać plusku, okazałych ryb w tak dużych ilościach. Wędkarsko wychowałem sie na Sanie i widok spławiających się brzan, kleni stojących pod opadającymi nad wodę gałęziami drzew, uderzających we wszystko co spada w dół, lusterkujących świnek, czy nawet polującej na zdobycz głowacicy, nie jest dla mnie wielkim wydarzeniem. Jednak to co zaobserwowałem tutaj, wcześniej widywałem tylko w filmach wędkarskich. Te wszystkie bąbelkowe ścieżki, chlapnięcia, ruszające się rośliny wodne, są dla mnie swoistą nowością. Prawdziwe "karpiowisko" z wszystkimi tego konsekwencjami: ledwo wystające nad powierzchnie wody, w połowie pożarte przez amury roślinne wyspy na środku, twarde zaczepy, blisko miejsca położenia zestawów, jak i przy brzegu. Najpiękniejszy jest świt na tym łowisku, kiedy unosi się mgła, wodę już widać, a w powietrzu, aż czuć, że zaraz coś chwyci z impetem nasza przynętę i usłyszymy ten przeraźliwy, upragniony pisk sygnalizatora. Do tej pory uważałem, że jedna ryba z lowiska dzikiego (PZW) jest więcej warta, niż "100" z łowisk prywatnych. Po dwóch sezonach amuro-karpiowych i zapoznaniu się z kilkoma "dzikimi" wodami i z Trzcianą, musiałem zmienić pogląd na łowiska i ogólniej wedkarstwo na Podkarpaciu.

Najlepszym przykładem, aby to zobrazować, jest ZEK koło Radymna. Poprzedni sezon obfitował w brania, amury brały w dzień i w nocy. Na skutek licznych błędów, głównie niewłaściwego zamocowania kulek proteinowych (zbyt daleko od haczyka) udało nam się zaciąć i wyholować tylko i aż kilkanaście ryb. Niestety amury na ZEK-u, zaczęli łowić prawie wszyscy, a jestem przekonany, że złowione ryby, wypuszczali do wody tylko nieliczni. Wiem o jednym "rybaku", który nad tą wodą spędza z wędkami prawie caly sezon i samych amurów w przedziale od 5 do ponad 20 kg złowił kilkadziesiąt. Z pewnością, żadnej z tych ryb, nikt już nie złowi. Efekt jest taki, że w tym sezonie, podczas wszystkich zasiadek doczekałem się tylko jednego brania, szczęśliwie zakończonego wyholowaniem ryby. Przeliczając godziny, czy raczej doby, spędzone nad wodą, moim znajomym nie powodzi się dużo lepiej. Zauważyłem, że w świadomości miejscowych wędkarzy, przeważa pogląd, że jak zabiorę, lub rozdam jednego, czy nawet dziesięć amurów, to nic wielkiego się nie stanie, bo przecież ich tu musza plywać setki... Nie chce mi się drążyć tematu ale na zakończenie wątku o ZEK-u, dodam jeszcze, że z takim podejściem, w niedalekiej przyszłości, po amurach pozostaną tylko wspomnienia, w postaci niezapomnianych kulinarnych uniesień. Wszystko to co napisałem o ZEK-u skłania mnie do stwierdzenia, że te dzikie z nazwy wody, a zwłaszcza ryby tam pływające, są mniej więcej tak samo dzikie, jak trzoda chlewna hodowana na ubój. Dzicy bywają niestety ludzie... Zupełnie inne standardy obowiazują na łowisku w Trzcianie, głównie za sprawą własciciela oraz osób tam wedkujących. Ponieważ nie wierzę w nagłą zmianę, mięsiarskiej mentalności, powszechnie panującej nad wodami PZW, z lekkiego prześmiewcy wszelkich prywatnych wód, stałem sie ich gorącym zwolennikiem. Po tym trochę przydługim wstępie, zrelacjonuję nasz ostatni pobyt w Trzcianie.

Planowo około 15 w piątek Paweł odebrał mnie prosto z pracy. Wcześniej przygotowałem wszystko, co było niezbedne do wyjazdu. Zostawiłem w robocie, wspólnikowi trochę spraw na głowie. Ponieważ zna on moje podejście do wędkowania, choć go z pewnością nie do końca rozumie, przystał na to, że wyjdę troche wcześniej, niż by tego wymagały obowiązki zawodowe. Podruż z Rzeszowa do Trzciany, upłynęła nam bardzo szybko, pod znakiem rozmów wszelakich, głównie oczywiscie wedkarskich. Po dotarciu do celu, przywitaliśmy się i porozmawialiśmy z Łukaszem (właściciel łowiska) i czym predzej rozłożylismy wszystkie graty. Procedura standardowa: zestawy do wody, wypłynięcie łódką w celu zanęcenia i czas na odpoczynek i oczekiwanie na branie. Relaks nie trwał długo, bo już około 20 minut po zanęceniu łowiska, usłyszeliśmy pisk jednego z sygnalizatorów Pawła. Błyskawiczny doskok do wędki, szybka "cinka", jak zwykł mawiać jeden ze znanych mi wędkarzy i siedzi!

Po emocjonującym holu, lekkim splataniu drugiego zestawu, piękny pełnouski karp wylądował na macie. Ryba cieszyła podwójnie, ponieważ jadąc na łowisko, rozmawialismy z Pawłem o tym, że byłoby super złowić jednego, ze sporej populacji, pływających w Trzcianie karpi pełnołuskich.

Po tym imponującym początku, wędkarskie apetyty urosły nam jeszcze bardziej. Poza apetytami wedkarskimi, nabralismy, także wszyscy ochoty na kiełbasę z ogniska i zimne piwo. Najedzony, zmęczony całym tygodniem pracy i lekko uśmierzony niewielką ilością piwa, położyłem się spać. Z twardego snu, wyrwał mnie nagle dzwięk sygnalizatora. Zerwałem się z łóżka, wybiegłem przed namiot i zgupiałem.Spałem tak twardo, a ta nagła pobudka była dla mnie, tak wielkim szokiem, że po wyskoczeniu z namiotu, w pierwszej chwili nie wiedziałem gdzie biec, w prawo (do naszych wędek), w lewo (do wędek Łukasza), czy prosto (nocna kąpiel w żwirowni). Dopiero Paweł przebudził mnie na dobre, krzycząc z namiotu: "zatnij mu". Łukasz był jednak szybszy i sam zdążył w tym czasie dobiec do wędek. Wyholował bez większych problemów ładnego karpia.

Do rana ryby juz nas nie budziły, chociaż ja po tym szoku dla zmęczonego, zaspanego organizmu, miałem spore problemy z zaśnięciem. Około godziny 9 nastąpiło kolejne branie, na jednej z wędek Łukasza. Pierwszy podbiegł do niej Paweł, zaciął i wyholował na brzeg kolejnego karpia.

Niestety godzinę później Paweł musiał zwijać sprzęt i wracać do domu. Jeszcze bedąc w Rzeszowie, załatwiłem sobie transport powrotny do domu, więc mogłem spokojnie czekać na kolejne branie. Minęła kolejna godzina, Łukasz położył sie zdrzemnąć, słońce zaczęło prażyć niemiłosiernie, wiec postanowiłem posmarowac kremem piekące coraz bardziej nogi. Trochę tu, trochę tam, całe łapy w kremie, zapomniałem na chwilę o rybach. Oczywiście jak to zwykle bywa "one" zawsze wiedzą kiedy uderzyć: jak człowiek je, pije, sika albo smaruje sie kremem UV... Pisk, jazda z kołowrotka i jeszcze ta nieszczesna dętka rowerowa na szpuli, żeby precyzyjniej ulokowac przynetę. Zanim doskoczyłem do wędki, karp wywinął już te kilka metrów wolnej plecionki, doszedł do dętki i mocno szarpnął tripodem. Na szczęście zdążyłem złapac kij, przytrzymać go trochę i odzyskać parę metrów plecionki. Niemniej jednak niewiele brakowało, żebym zostawiony przez Pawła tripod z delkimami musiał wyciągac z wody. Wyjątkowo waleczny przeciwnik i jeszcze do tego, wszędzie ten cholerny krem: na dłoniach, kołowrotku, wędce, na spodenkach i piekacych nogach... Ryba najpierw płynęła w kierunku twardych zaczepów na prawo od wyspy, potem zmieniła jednak front i dała nura w lewo, zgarniając przy okazji mój drugi zestaw. Wystarczyło jednak przełożyć wędki i po kilku minutach karp wylądował w podbieraku. Mniej więcej w tym samym czasie gdy ja przekładałem karpia z podbieraka na matę, obudził sie Łukasz. Ucieszył się chyba, że i mnie udało sie złowić rybę, zrobił mi z nią kilka pamiątkowych zdjęć, po czym, karp powędrował z powrotem do wody.

Kolejne jak sie później okazało ostatnie branie, podczas tej zasiadki, nastąpiło około 13. Potężny odjazd, zacięcie, kilka sekund ryby na wędce i luz... Wypiął się pomyślałem. Po zwinięciu zestawu okazało się, że strzelił przypon 3-4 cm za krętlikiem. Może był osłabiony, może to duży szczupak chwycił przynętę, trudno jednoznacznie stwierdzic. Ryby nie żerowały już do końca tej zasiadki. Podczas powrotu autem do domu, usłyszałem w radiu, że nad Polskę zawitał jakiś gorący front z nad Afryki i pewnie to było powodem nastania, tego swoistego, czasowego bezrybia. Mimo to, cały wypad można uznać za bardzo udany i tylko czekać na następny, nad to wspaniałe miejsce.

Mirek