image

Nocny amur

Z powodu licznych obowiązków, głównie zawodowych, jeździłem w tym sezonie wędkarskim, dużo mniej na ryby niż w poprzednich latach.

Nie było to spowodowane tym, że nie miałem czasu, czy środków na wypady ale bardziej tym, że nie lubię siedzieć nad woda gdy coś innego, niż "spławik" zajmuje moje myśli.Na szczęście tematy pozawedkarskie trochę się unormowały, więc ostatnie weekend-y, mogłem bez stresu poświęcić na łowieniu ryb.
W piątek około czternastej wyjechałem z Rzeszowa i dwie godziny później, miałem już zarzucone karpiówki. Pisze karpiówki ale w przypadku ZEK-u, to są to zazwyczaj amurówki, ponieważ większe karpie udaje sie tu lowić niezmiernie rzadko.

Zazwyczaj na ryby wybieram się razem z Pawłem, jednak tym razem Paweł nie mógł jechać.Będąc jeszcze w Rzeszowie zadzwoniłem do Jarka, który miał dołączyć do mnie pod wieczór, jednak jemu również, obowiązki pozawędkarskie, nie pozwoliły do mnie dołączyć.Mimo lekkiego burzowego zachmurzenia noc zapowiadała się gorąco.

Ponieważ byłem sam, usunąłem deskę łączącą pomost z brzegiem. Po ograniczeniu do minimum, możliwości wtargnięcia na pomost osób trzecich, mogłem zająć się dokończeniem piwa przed pujściem spać. Ze snu około 23 wyrwał mnie pisk sygnalizatora i ostry odjazd z kołowrotka. Chwilę po zacięciu, wiedziałem, że przeciwnik jest słusznych rozmiarów oraz, że jest to amur. Wskazywały na to charakterystyczne, wyraźnie wyczuwalne na wędce, uderzenia ogona ryby o plecionkę. Jak to zazwyczaj bywa, podczas holu amura, do czasu podholowania go do pomostu, nie sprawia on większych problemów. Ten konkretny, chwilami nawet płynąłw moim kierunku, zmuszając mnie do szybkiego niwelowania luzu na plecionce. Zabawa zaczęła sie dopiero przy pomoście. Nie wyciągnąłem wniosków z poprzednich wyjazdów i nie przygotowałem latarki. Ściślej mówiąc, miałem gdzieś, nawet dwie, ale jak je znaleść w nocy? W głowie zaświtała mi jeszcze jedna myśl, mianowicie taka, że jest to pierwsza duża ryba, którą holuję zupełnie sam w nocy. Szczęście mi jednak sprzyjało i pomimo, początkowej paniki, udało mi się amura przytrzymać i dość gładko ulokowałem go w podbieraku.
Połozyłem go na macie, szybko zważyłem (9,5 kg) w momeńcie wkładania go do worka karpiowego, wyskoczył do wody. Na szczeście jeszcze nie zdążyłem go odhaczyć, więc w sposób mało no-kill-owy, złapałem jedna reka za plecionkę, a drugą amura pod pokrywę skrzelową i wyślizgnąłem go z powrotem na matę.
O godzinie szóstej przyszedł Boguś (własciciel domku stojącego obok pomostu), zrobił mi zdjęcia i ryba w dobrej kondycji wróciła do wody.

Mimo, że nie był to rekordowych rozmiarów okaz, to jednak zważywszy na to, że złowiłem go w nocy sam, z przygodami na pomoście, zapamiętam to wędkowanie na bardzo długo...

Mirek